Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krevborna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krevborna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 lipca 2021

Wyprawa za Mur vs Dungeon World – porównanie kampanii

Chciałbym dzisiaj porównać niedawno zakończoną kampanię Wyprawy za Mur z zeszłoroczną kampanią Dungeon World w gotyckim settingu Krevborna. Myślę, że analizowanie rozegranych sesji jest dobrą podstawą do wyciągania wniosków na przyszłość. Widzę dużo podobieństw w tych dwóch kampaniach i choć w międzyczasie prowadziłem także inne kampanie (plus wiele więcej wcześniej), to wydaje mi się, że te dwie zawierają niejako esencję mojego stylu prowadzenia. Ciekawe, jaki on właściwie jest.

W kampanii Wyprawy za Mur spotkaliśmy się na 16 sesjach, z czego jedną poświęciliśmy na tzw. sesję zero, na której rozmawialiśmy o kampanii, zgodnie z zasadami stworzyliśmy postaci, ich rodzinną wioskę i najważniejsze lokacje w bliższej i dalszej okolicy. Krevborna zajęła nam 17 sesji, gracze stworzyli postaci wraz z indywidualnymi wątkami niezależnie od siebie, setting przygotowałem ja jako MG w oparciu o materiały z podręcznika. Starałem się spleść wątki postaci w spójną całość, ale nie do końca się to udało. Dlatego uważam, że sesja zero jest przydatna, żeby ustalić oczekiwania wobec kampanii i wspólnie stworzyć bohaterów i to co ich łączy. Rodzinna wioska z Wyprawy za Mur to dobry pomysł, choć trochę się obawiam, czy w kolejnych kampaniach nie będzie to zbyt powtarzalne. Zastanawiam się jak te rozwiązania można by zaadaptować do innych kampanii.

Logistycznie tegoroczna kampania wypadła dużo lepiej. Krevbornę graliśmy pięć i pół miesiąca, często spotykając się w minimalnym gronie MG + dwójka graczy. Podobną liczbę sesji Wyprawy za Mur rozegraliśmy w trzy miesiące, prawie zawsze w pełnym składzie MG + czterech graczy. Myślę, że jest to nie do przecenienia dla spójności kampanii. Krevborna pokazuje, że z fajnymi graczami da się rozegrać ciekawą fabułę nawet mimo niesprzyjających okoliczności życiowo-czasowych, ale model zdyscyplinowanego grania tydzień w tydzień (oczywiście też czasami pojawiają się przerwy) sprawdza się dużo lepiej. Pewnie ciekawiej byłoby zagrać dłuższą kampanię, ale wydaje mi się, że łatwiej uzyskać zobowiązanie do regularnych spotkań przez te 3-4 miesiące niż ciągnąć to dłużej. (Poza tym za bardzo nęcą mnie nowe systemy i przygody, które chciałbym wypróbować. Musiałaby być naprawdę genialna kampania, żebym wytrzymał więcej niż te kilkanaście sesji.)

Omawiane dzisiaj kampanie poprowadziłem na moich obecnie dwóch ulubionych mechanikach – Dungeon World opartym na PbtA oraz Wyprawie za Mur, typowym OSR. Moje zainteresowania systemowe krążą właśnie wokół tych dwóch rodzin popularnych zasad. Obie należą do kultury hackowania – każdy MG tworzy ich własny wariant albo przynajmniej wprowadza wiele zasad domowych. Na blogu zamieściłem moją wersję Świata Podziemi (World of Dungeons, oryginalnie autorstwa Johna Harpera, znanego z Ostrzy w Mroku), w której mocno inspirowałem się Wyprawą za Mur (np. wziąłem z niej listę czarów). O modyfikacjach mechaniki tej drugiej gry pisałem w poprzednim wpisie. W Dungeon World przeszkadzały mi trochę zbyt duża potęga bohaterów i trudność z poprowadzeniem bardziej dramatycznych akcji – mechanika za szybko kończy sceny, zanim zdąży się zbudować wokół nich odpowiednie napięcie. Trochę to pewnie kwestia mojego mistrzowania, chętnie sprawdzę, czy następnym razem pójdzie mi lepiej. Wyprawa za Mur jest jeszcze prostsza, ale jej bardziej klasyczny kształt ułatwiał mi kierowanie tempem sesji. To czego mi brakowało dołożyłem z innych źródeł. Zastanawiam się nad stworzeniem bardziej rozbudowanego amalgamatu tych dwóch mechanik. Czymś takim jest zresztą gra Stonetop, którą w tym roku wsparłem na Kickstarterze. Ona również eksploruje obszary na styku Dungeon World i klimatów Wyprawy za Mur. Chętnie ją wypróbuję.

Wracając do dwóch rozegranych przeze mnie kampanii warto zwrócić uwagę, że obie de facto opierały się na stronnictwach. W Krevbornie było to wskazane wprost i obok wątków indywidualnych bohaterów stanowiło główny silnik fabuły. Gracze zyskiwali poparcie jednych grup, a narażali się innym – była to jedna z rzeczy, za które postaci zdobywały doświadczenie. (W obu kampaniach był podobny system przyznawania doświadczenia za rzeczy ważne dla wybranej konwencji – bardzo jestem z niego zadowolony, uważam, że dobrze działał.) W Wyprawie za Mur było to nieco bardziej ukryte, poza tym gracze mieli od początku swoją frakcję – rodzinną osadę, o której dobro chcieli zabiegać. Do tego w tle było 9 innych stronnictw, opartych na lokacjach, które stworzyliśmy wspólnie z graczami na sesji zero. To związanie z miejscami czyniło je mniej aktywnymi, ale zdarzenia z nimi związane były umieszczone zarówno w tabeli spotkań losowych, jak też co tydzień w świecie gry losowałem, czy któraś z frakcji nie zrobiła czegoś, co wpłynie na przygody bohaterów. Szansa była stosunkowo mała (1 na k12), ale za to dużo grup, więc w praktyce pojawiało się 0-2 zdarzeń z nimi związanych.

Choć kampania Dungeon World skupiała się na przygodach w jednym mieście, to też były w niej długie fragmenty poświęcone podróżom. W Wyprawie za Mur te proporcje były odwrócone i właściwie mieliśmy dwa większe ośrodki cywilizacji – rodzinną osadę bohaterów i pobliskie miasteczko (plus do tego gospoda w głębi puszczy, gdzie postaci często się zatrzymywały). Tę zmianę nacisku dobrze obrazuje wykorzystanie map. W Krevbornie gracze mieli dostęp do mapy miasta, a podróże przez dzicz były opisywane wyłącznie fabularnie. W naszej ostatniej kampanii odwrotnie, eksplorację opieraliśmy na mapie heksowej, a odwiedzone miasto nie miało mapy (to nie do końca było zamierzone, ale tak wyszło). Gracze odwiedzili 38 heksów, więc nie tak mało. Zastanawiałem się, czy nie powinienem gęściej umieszczać lokacji, żeby było ciekawiej. Mniej więcej na co szóstym polu przewidziałem jakieś interesujące miejsce, ale zdarzało się, że gracze przechodzili przez heks bez interakcji z przygotowanym znaleziskiem. Trochę to wyrównywały spotkania losowe, które wprowadzały wydarzenia tam, gdzie nie przewidziałem ich z góry. W tej kampanii mieliśmy zresztą pełen przegląd typowych trybów rozgrywki OSR: dzicz-miasto-podziemia. Skorzystałem z gotowych, dość rozległych lochów (50 komnat), coś czego nie było w kampanii Dungeon World. To też nadało nieco bardziej typowo dedekowy klimat eksploracji (nawet trochę za bardzo – gracze przyzwyczajeni do D&D ciągnęli w stronę typowych awanturników zamiast bardziej baśniowej Wyprawy za Mur, jakie miałem pierwotne założenie). Z kolei Krevborna, jak wspomniałem, jest gotowym settingiem, więc takie przeplatanie własnych pomysłów z przygotowanymi przez innych wydaje się dość typowe dla mojego podejścia.

Świadomie zdecydowałem, że w tej mojej kampanii Wyprawy za Mur nie będzie istotnie obecna religia. Chciałem różnicy od zeszłorocznej kampanii Wolves of God, a także opisywanej kampanii Krevborny. W obu tamtych settingach religia jest bardzo ważna, co jeszcze było podkreślane w moim prowadzeniu. W Wolves of God centralnym punktem był klasztor, o którego przychylność zabiegali bohaterowie. W Krevbornie większość akcji działa się w stolicy teokratycznego państwa, opierając się w dużej mierze na rozgrywkach wśród stronnictw kościelnych. Tak więc teraz w Wyprawie za Mur było ogólnie powiedziane, że w królestwie jest wyznawana tradycyjna monoteistyczna religia, ale bohaterowie nie spotkali żadnego kapłana, ani nie byli w żadnej świątyni. Zasady Wyprawy za Mur nie przewidują klasy kleryka należącej do klasycznej czwórki, więc dobrze współdziałają z takim podejściem. Czar leczący może być rzucany przez czarodzieja i tak było w naszym przypadku. W przyszłości nie wykluczam powrotu aspektu religijnego do moich kampanii w tym systemie (jest to nawet dość prawdopodobne) - łatwo też zaklęcia czarodzieja przedstawić po prostu jako moce boskie. Tutaj jako pewien element zmiany klimatu brak religii zadziałał, uważam, bardzo dobrze.

Opisywane tu kampanie uważam za jedne z lepszych, które udało mi się poprowadzić. W obu fabuła była oparta w dużej mierze na pomysłach graczy, stronnictwach i poznawaniu świata. Zastanawiam się, na ile mapy heksowe są istotne. Mam do nich wielki sentyment, pomagają ustrukturyzować badanie dużych połaci podobnego terenu (np. puszczy). Ale z punktu widzenia fabuły ogólna mapka, którą w inkarnate zrobił dla mnie Jaxa, była chyba bardziej przydatna. Z drugiej strony, heksy zapewniały obiektywność odległości między lokacjami i gracze mieli możliwość lepiej planować swoje podróże. Tak czy siak mapy na pewno stanowią element, z którego nie zamierzam rezygnować na sesjach. Podobnie jak zwalczające się frakcje, które dają graczom dużo wyborów działania. Szukam, jak najlepiej budować fabułę w oparciu o wkład graczy. Zasady Wyprawy za Mur stanowią tu bardzo ciekawą propozycję, ale może w przyszłości znajdę coś jeszcze lepszego.

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Przygoda na statku

Epidemia koronawirusa rozbiła moje wielkie plany poprowadzenia kampanii w Warhammera 4. edycję. Zamiast tego musiałem poszukać innych sposobów realizowania mojego ulubionego hobby. Na przykład po raz pierwszy w życiu zacząłem grać online na Discordzie. Jestem graczem u Wolfa w bardzo sympatycznej kampanii, o której pisze u siebie na blogu. Sam też poprowadziłem dwie sesje w Krevbornie w uniwersyteckim miasteczku Creedhall (na mechanice Świata Podziemi) dla grupki moich znajomych, z którymi już dawno nie udawało nam się umówić na granie twarzą w twarz. Ogólnie moje wrażenia z tych sesji są dość pozytywne, ale nadal dużo bardziej wolę grać na żywo i z utęsknieniem czekam, kiedy to będzie znów możliwe.

Innym sposobem na rpg w czasie zarazy było poprowadzenie sesji dla moich córek. Nie były to bynajmniej ich pierwsze doświadczenia w tym zakresie (np. o naszych zeszłorocznych sesjach pisałem w podsumowaniu roku), ale w zwykłym codziennym życiu jakoś się nie składało, byśmy ostatnio pograli w rpg. Zresztą teraz Łucja, moja trzynastoletnia córka też najpierw skorzystała ze świetnej akcji Grarantanna i zagrała swoją pierwszą sesję online u Harrego z Graj Kolektyw, która jednocześnie była jej pierwszą sesją u innego Mistrza Gry niż ja. Żeby nie być gorszym, w zeszłym tygodniu poprowadziłem przygodę dla niej oraz jej prawie dziesięcioletniej siostry Gabrysi.

Pierwotnie myślałem o sesji w Earthdawna na mechanice Age of Legends (zasadniczo FU plus talenty i czary), ale ostatecznie zdecydowałem się na Fate Accelerated, na której oparto wydany ostatnio scenariusz samurajski Zeda z Lans Macabre "W rytmie zemsty" (całkiem ciekawy, polecam).

Łucja zagrała elfią fechmistrzynią Siriel, a Gabi wymyśliła sobie ducha wody (kogoś w rodzaju genasi wody) Zinę, która władała magią wody i roślin.

Z rozegranej przygody Łucja spisała raport, który oto poniżej zamieszczam (z drobnymi modyfikacjami).


Siriel spotyka się w porcie ze swoją przyjaciółką Ziną. Dostrzegają „Syrenę” - piękny statek kapitana Pearsona. Gdy dowiaduje się, że okręt płynie do Ávilen – jeziora nimf, gdzie się wychowywała – postanawia dołączyć do rejsu. Zina idzie razem z nią. Siriel woła kapitana; podczas rozmowy zręcznie przekonuje go, aby wziął ją na pokład. Wychwala jego statek, więc tamten zgadza się ją zabrać. Ostrzega, że transportuje groźnego więźnia – przywódcę buntowników, Lostana Krwaworękiego, pod osąd nimf w Ávilen. Może przydać się dodatkowa obrona (na pokładzie jest już strażniczka). Siriel idzie wybrać sobie kajutę. Na pokład zostaje wzięta też Zina – jej trzpiotowata przyjaciółka, duch wody.

Po trzech godzinach „Syrena” podnosi kotwicę. Po obu stronach rzeki - podmiejskie okolice. Zina używa swojej magii, aby korzeń jednego z drzew na brzegu pomachał przepływającemu statkowi. Pierwszego dnia rejsu, gdy Zina i Siriel stoją przy burcie, podziwiając widoki (i hipokampy), zagaduje je opryskliwie mały goblin – Idi, kucharz – i proponuje im w dość obcesowy sposób, aby pomogły mu w kuchni. Zina radośnie się zgadza, a czująca odrazę do goblinów Siriel odmawia w dyplomatyczny sposób; goblin w odpowiedzi burczy coś i razem z Ziną idą do kuchni. Siriel nadal przy burcie, myślami w Ávilen. Patrzy na igrające z falami różowe delfiny i marzy.

Na kolację przepyszna jajecznica autorstwa Ziny. Idi tłumaczy się niezręcznie, że to z okazji pierwszego dnia rejsu. Jeden z marynarzy ze śmiechem tłumaczy Siriel, że zazwyczaj jedzą „specjalność Idiego”, tzn. gorące i wymieszane ze sobą resztki z kuchni, zalane wrzącym tłuszczem.

Następne dni rejsu spokojne. Zina pomaga w kuchni Idiemu; bardzo to lubi i wychodzi jej to świetnie, goblin po paru dniach zdaje na nią całą robotę, a sam wyleguje się całymi dniami na workach z mąką. Siriel zabija czas, patrząc na widoki na brzegach rzeki (okolica coraz dziksza). Próbuje porozmawiać ze strażniczką pilnującą Lostana, jednak ta zbywa ją w kilku nieuprzejmych słowach, widać, że to kobieta bardzo dumna. Siriel przyłapuje ją jakiś czas później, jak skupiona stara się rozszyfrować treść trzymanej w ręku kartki. Siriel odchodzi po cichu kawałek dalej, robi „lusterko” z lśniącej klingi noża myśliwskiego i udaje jej się odczytać treść tajemniczej kartki; wygląda to na przepowiednię: „Przeklęty ogień z nieba przyniesie zagładę. Tylko dzielna bohaterka ocali to, co najważniejsze.”. Siriel na swojej koi intensywnie myśli nad tajemniczymi zdaniami, lecz choć zajmuje jej to czas aż do kolacji, nie udaje jej się nic wykombinować. Wychowana w Kryształowym Pałacu na Jeziorze Ávilen, zna rozmaite legendy i stare podania, jednak w żadnym nie ma słowa o „ogniu z niebios”. Po kolacji udaje jej się zawołać na chwilę Zinę, która jako duch wody panicznie bojący się ognia, może będzie potrafiła rozszyfrować to sformułowanie. Siriel (nie wspominając o tajemniczej kartce) pyta ją o tłumaczenie tych słów, wyjaśnia, że to fragment pewnej pieśni, która od dawna krąży jej po głowie. Zina mówi, że najpewniej to smok albo pożar; Siriel dziękuje i odchodzi pospiesznie.

Następnego dnia Siriel pyta kapitana o zgodę, a kiedy ten dość opryskliwie pozwala, zaczyna ćwiczenia z bronią – mieczem i łukiem. Widzi to strażniczka i chyba troszeczkę wzbudza to jej uznanie. Siriel pochlebia jej i proponuje wspólne ćwiczenia; tamta się zgadza. Siriel specjalnie nie daje z siebie wszystkiego, pozwalając strażniczce wygrać. Ta, pod wrażeniem umiejętności Siriel (i dzięki pochlebstwom) zgadza się na wspólne treningi. Zadowolona z podziwu Siriel, opowiada o sobie. Nazywa się Rotisja, służy w gwardii królewskiej i jest niezmiernie szczęśliwa, że wybrano ją do tak ważnej misji. Siriel nie zdradza się ze stosunków z nimfami (że jest elfką, każdy widzi) mówi jedynie, że we wczesnym dzieciństwie straciła rodziców, walki uczyła ją jedna z jej przyjaciółek. Między dziewczętami zawiązuje się nić sympatii, a nawet przyjaźni; za to relacje z Ziną obojętnieją coraz bardziej; dziewczyna jest zajęta w kuchni prawie cały dzień.

Po mniej więcej tygodniu rejsu, pewnego ranka ze spokojnego snu wybudzają Siriel krzyki. Wybiega na pokład – kuchnia zajęła się ogniem. Zina wpada do kuchni, kuchenka w płomieniach, więc Zina przywołuje przez okienko swoją magią ogromną falę, która gasi pożar. Siriel w tym czasie zasłania sobie twarz i wyciąga za nogi goblina Idiego spośród płomieni. Na zewnątrz bez ceremonii chluszcze mu w twarz wodą, żeby odzyskał przytomność, po czym wbiega z powrotem do środka, pomóc ratować prowiant, którego część zamokła i zgniła, a część odpłynęła – tak samo jak parę naczyń. Ocalałego prowiantu starczy jedynie na parę dni. Wobec tego Siriel proponuje kapitanowi, że wybierze się na polowanie, jeśli znajdzie odpowiednie miejsce; Zina z kolei chce zebrać na brzegu jadalne rośliny. Pearson zgadza się.

Po krótkim czasie widać niewielką polankę w kształcie półokręgu. Statek zarzuca kotwicę kawałek od brzegu, a marynarze podpływają szalupą do brzegu; Siriel i Zina wysiadają. Siriel przyczaja się na skraju polany i wypatruje śladów świadczących o obecności zwierząt. Dostrzega wydeptaną przez sarny ścieżynkę; idzie nią i po pewnym czasie natrafia na trop niedźwiedzia. Waha się chwilę, jednak postanawia podążyć za zwierzem. Woła na Zinę, chcąc jej powiedzieć o decyzji, jednak tamtą zajmują tylko dzikie owoce, więc wypuszcza strzałę, by dać jej znać. Strzała trafia w dzikie jabłko i strąca jedno na ziemię, co złości Zinę, która głośno krzyczy na Siriel. Siriel jest poirytowana trzpiotowatością swojej towarzyszki. Chciała już ruszać, ale musi przemknąć teraz do Ziny i nakazać jej ciszę, by nie spłoszyła jej zwierzyny; po czym zarzuca kaptur na głowę i skrada się przez las. Ma szczęście – po pół godzinie zauważa brunatnego niedźwiedzia, próbującego dostać się do położonego wysoko gniazda pszczół. W pierwszej chwili jej nie spostrzegł. Siriel bezgłośnie wspina się na rosnące w pobliżu rozłożyste drzewo i przygotowuje się do strzału. Strzela, korzystając z zaskoczenia, jednak liście utrudniają jej dokładne wycelowanie i chybia. Druga strzała sięga brązowego futra, jednak nie wyrządza zwierzęciu większych szkód. Niedźwiedź zauważa Siriel. Z gardłowym pomrukiem rusza ku niej. Ona strzela dwa razy, za każdym chybiając. Niedźwiedź zatrzymuje się pod drzewem i próbuje dosięgnąć gałęzi, na której znajduje się Siriel; ryczy głośno. Ona, widząc pod sobą rozwartą paszczę zwierza, czuje jak serce podchodzi jej do gardła… jednak naciąga cięciwę, celuje, zwalnia – i trafia. Olbrzymi zwierz zwala się bezwładnie na ziemię. Chwilę drga i nieruchomieje. Siriel oprawia zdobycz i zabiera w sakwie przy pasie tyle mięsa ile zdoła. Odchodzi; mija Zinę wracającą po odniesieniu owoców na statek i mówi jej o niedźwiedziu i miodzie. Zina zasmuca się śmiercią niedźwiedzia. Siriel dociera na pokład, wzywa kapitana i mówi mu o zdobyczy. Zostawia mięso na okręcie i prosi o pomoc w przetransportowaniu reszty. Pearson woła kilku najsilniejszych marynarzy, którzy pospiesznie biorą skrzynię i za przewodnictwem Siriel schodzą na ląd, kierując się do ubitego niedźwiedzia. Gdy docierają na miejsce, zastają tam Zinę, która próbuje podebrać pszczołom miód. Nie przeszkadzając jej, idą do cielska drapieżnika i ładują do skrzyni pozostałe mięso i brązowe futro.

Wracają na pokład, gdzie wszyscy witają ich radośnie. Siriel zostaje bohaterką wieczoru z powodu zabitego niedźwiedzia. Zamiast kolacji jest po prostu uczta. Rotisja gratuluje Siriel.


Mija kolejnych parę dni, równie monotonnych jak pierwsze. Pewnego ranka Zina zauważa wyłaniające się z przybrzeżnych zarośli pnie drzew, płynące na środek rzeki. Nie poruszają się z prądem; jest pewna, że to nie jej magia to zrobiła. Pnie zagradzają drogę statkowi, ale Zina magiczną falą spycha je na boki; Siriel zauważa ukrywających się na nich zielonoskórych żaboludzi i ostrzega załogę, by miała się na baczności. Kryje się z łukiem przy burcie, strzela jednak dopiero, kiedy w stronę okrętu lecą pierwsze dziryty i włócznie. Inni marynarze także nie próżnują – ci z łukami strzelają, ci z pałkami czy kijami czekają, aż żaboludzie znajdą się bliżej. Wszyscy są skupieni na napastnikach…

Znienacka z nieba spada ogień; płomienie zajmują dużą część okrętu i ranią dotkliwie kilku marynarzy oraz Rotisję, a słońce przysłania czarny kształt. Siriel przypomina sobie przepowiednię - „przeklęty ogień z niebios”. Jest przekonana, że to smok. Wypatruje słabego punktu, nie znajduje, w końcu celuje w rozwartą paszczę; Zina w tym czasie pomaga marynarzom gasić pożary. Siriel (i wszyscy na „Syrenie”) uświadamiają sobie nagle, że czarny obiekt nie jest smokiem – to latający statek, z którego działa pod „brzuchem” sypie się ogień. Czarny niszczyciel zniża lot; klapy w jego dole się otwierają i wysuwają się z nich sznurowe drabinki, po których spuszczają się ubrani na czarno napastnicy. Siriel próbuje strzelać, jednego trafia w ramię, jednak nic się nie dzieje. Tymczasem drabinki sięgają pokładu i rozpoczynają się walki. Marynarze, zajęci gaszeniem pożarów, nie dostrzegają niebezpieczeństwa i są łatwym celem. Dziesięciu czarnych ludzi atakuje zaciekle na rufie grupę marynarzy, którzy za całą obronę mają pałki. Jeden już padł… Siriel z okrzykiem „Ávilen!” rzuca się z pomocą. Wspólnymi siłami zmuszają atakujących dziesięciu do odwrotu. Zina gasi rozprzestrzeniający się ogień i magią leczy rannych; Siriel zjawia się ze lśniącym ostrzem wszędzie tam, gdzie wir walki jest najgorętszy, niosąc pomoc osłabionym żeglarzom. Kątem oka stara się jednak czuwać nad drzwiami do więzienia Lostana, świadoma, że atak może mieć na celu jego odbicie. Nagle Siriel zauważa, że Rotisja leży ranna na pokładzie. Chce iść jej z pomocą, zaczyna się przedzierać w tamtą stronę. Kiedy przyczaja się za rogiem nadbudówki, widzi, że ranną strażniczką zajęła się już Zina, która klęczy teraz przy dziewczynie i coś do niej mówi. Nagle za jej plecami jeden z napastników unosi miecz, szykując się do zadania ciosu… W tym momencie Rotisja odpycha się od ziemi i skacze na nogi, krzyżując miecz z ostrzem wroga. Podczas gdy ona jest zajęta walką, do więzienia przekrada się ubrana na czarno postać. Siriel widzi to i jednym skokiem dopada do drzwi, zasłaniając wyjście. Widzi, jak jasnowłosa dziewczyna w czerni uwalnia z kajdan więźnia, wyciąga z pochwy schowany wcześniej miecz; nagle dziewczyna, zorientowawszy się, że wejście jest zagrodzone, ciska w stronę Siriel mały granat. Wokół wzbijają się kłęby dymu, a Siriel upada, nic nie widząc. Wciąż jednak trzyma miecz i kiedy czuje, że tamci przebiegają koło niej, tnie na oślep, ale chybia. Po chwili wybiega i strzela, lecz Lostan i jego oswobodzicielka znajdują się już na dachu nadbudówki i oprócz drobnej rany na ramieniu Lostana, niczym to im nie szkodzi.

Napastnicy spiesznie wracają na zwisające z czarnego statku drabinki. Niedoszły więzień i dziewczyna skaczą na jedną z nich. „Tylko bohaterka ocali to, co najważniejsze! Więzień jest najważniejszy!” krzyczy Rotisja i skacze na najbliższą drabinkę. Nie namyślając się wiele, Siriel i Zina idą w jej ślady. Czarny okręt zaczyna się wznosić.

Rotisja zaczyna się sprawnie wspinać, Zina też, chociaż wolniej, ale Siriel ma za mało siły, aby posunąć się w górę choć o jeden szczebel. Blondynka wyciąga granat i nagłym ruchem rzuca w twarz Rotisji, która jest najbliżej. Trafiła ją; Rotisja krzyczy z bólu i puszcza się drabinki. Spada w dół, prosto w wąski z tej odległości pasek rzeki. „Rotisja!” krzyczy rozpaczliwie Siriel. Zina swoją magią wywołuje falę, która zanosi dziewczynę na pokład „Syreny”. Siriel jest wściekła i rozżalona, wyciąga zza pasa sztylet i ciska w jasnowłosą. Trafia ją, zabija, a ciało spada na dół, jednak Lostan w czasie tych wydarzeń zdąża wycofać się do wnętrza statku. Nie mają innego wyjścia, jak też się tam dostać.

Próbują znów się wspinać po kołyszących się drabinkach, Siriel w dalszym ciągu nie idzie to zbyt dobrze. Nagle z jednej z klap wychyla się mężczyzna i chyba chce przeciąć jej drabinkę, aby spadła, jednak Zina wyczarowuje wodę, którą chluszcze mu w twarz, zmuszając do wycofania się wgłąb statku. Wspina się szybko i wchodzi do środka statku, po czym wciąga uczepioną swojej drabinki Siriel. Ładownia jest pusta, stoją tu jedynie beczki z wodą. Zina i Siriel wychodzą z pomieszczenia. Korytarz zakręcający w prawo, drzwi do kuchni i chyba maszynowni. Dziewczyny wycofują się do ładowni i próbują ustalić plan działania, kłócą się. W końcu staje na tym, aby Siriel się przebrała, Zina schowała w jednej z beczek i spróbowały przejąć okręt.

Zina się schowała, a Siriel czeka w ładowni. Niedługo potem wchodzi tam jakaś postać. Siriel przyskakuje do niej i szybkim ruchem uderza ją w głowę rękojeścią sztyletu. Ściąga ubranie i przebiera się w czarny strój i czarną maskę na głowę. Bierze beczkę, w której ukrywa się Zina i wychodzi z ładowni drugim wejściem.

Naprzeciw znajdują się drzwi, zapewne prowadzące do sterówki. Siriel ostrożnie uchyla drzwi i wchodzi, pchając przed sobą beczkę. Fotele pod ścianami, na nich Lostan i jeszcze jeden mężczyzna; na środku ster i kapitan, odwrócony do niej tyłem. Siriel mówi, że z kuchni kazano jej przynieść tutaj wodę, na co oni odpowiadają, że nie prosili o wodę, ale skoro przyszła, to może ją zostawić. Siriel zaczyna iść na tego przy drzwiach, tak że on musi się cofać; dziewczyna udaje, że się potyka, wypuszczając beczkę i uderza tamtego. Niezadowolony zaczyna coś mówić. Siriel rozumie, że nie ma czasu. Pcha go tak, aby wyglądało, jakby sam upadł i pochyla się nad nim, niby pomagając mu wstać, po czym wyciąga swój sztylet i wbija w pierś mężczyzny ciężko go raniąc. Odskakuje, odwraca się do Lostana i kapitana, przy okazji nogą strąca wieko z beczki, z której wychodzi Zina. Lostan, choć ranny, podrywa się z fotela i rzuca na Siriel. Zina szarpie się z kapitanem, próbując przejąć ster, wrzeszcząc przy tym na całe gardło. Siriel i Lostan zwierają się w walce; on wyciąga nóż i atakuje, jednak Siriel zręcznie robi unik. Nagle statek przechyla się gwałtownie w lewo – Zinie udało się przejąć ster, ale kompletnie nie potrafi kierować powietrznym statkiem. Siriel i Lostan zjeżdżają pod lewą ścianę, Siriel wykorzystuje to, że stoi wyżej, wyciąga miecz i przebija przeciwnika. W tym czasie kapitanowi udaje się odzyskać ster, próbuje odepchnąć Zinę, która nie myśli puszczać steru; oboje się przy tym przeklinają na cały głos. Siriel zamyka drzwi pomieszczenia na żelazną sztabę, po czym zakrada się od tyłu i zabija kapitana. Zinie po chwili udaje się zawrócić statek w kierunku rzeki i ustabilizować go.


Niedługo później zaczynają się do nich dobijać marynarze, zaniepokojeni zmianą kursu, jednak Zinie udaje się ich skutecznie zmylić. Siriel wychodzi, kierując się do ładowni, napotkanym na korytarzu ludziom mówi, że kapitan rozkazał szykować drabinki sznurowe. Jeden z nich idzie za Siriel do ładowni, ale drugi kieruje się do kapitana. Siriel nie ma możliwości pomóc Zinie. Gdy wchodzi z mężczyzną do ładowni, on proponuje, żeby przyszykować także działo. Siriel mówi, że ona to zrobi i idzie tam, mając nadzieję zniszczyć broń, jednak nie ma pojęcia, jak to zrobić. Kiedy majstruje przy dźwigniach służących do obsługi działa, nakrywa ją jeden z załogi. W tym samym momencie statek przechyla się, jakby nikt nim już nie kierował, a elfich uszu Siriel dobiega brzęk tłuczonego szkła; przez otwartą klapę w podłodze widzi, że Zina wyskoczyła przez okno. Statek leci teraz nisko nad rzeką, doganiając „Syrenę”. Uznając, że nic jej już tu nie zatrzymuje, Siriel wymija mężczyznę i skacze w dół przez jedną z otwartych klap. Chwilę leci i boleśnie zderza się z wodą. Czarny statek spada i wybucha na brzegu niedługo potem. Siriel płynie (dryfuje raczej) w stronę „Syreny”, na której pokładzie jest już Zina, gdy nagle w jej stronę zaczynają lecieć strzały. Uświadamia sobie, że ma maskę na głowie, dlatego marynarze jej nie rozpoznają, zatem ściąga ją. Strzały ustają, Zina wyjaśniła marynarzom, że to Siriel, a nie wróg, oni sami też już ją poznali. Siriel, wyczerpana, nie ma siły, aby dopłynąć do okrętu, jednak Zina wywołuje falę, na której grzbiecie Siriel dociera na pokład.

Następnego ranka dopływają do celu podróży – Jeziora Ávilen. Jest to dom rodzinny Siriel, w którym nie była od dwóch lat. Wszystkie nimfy ciepło ją witają. Ranna po skoku, zostaje wyleczona przez tutejszych uzdrowicieli, a potem ona i Zina przez całą noc opowiadają swoje przygody.

Kolejnego dnia Siriel podziękowała za wspólny rejs kapitanowi Pearsonowi, a on zapewnił, że zawsze jest na „Syrenie” mile widziana. Postanowiła zostać w Ávilen przynajmniej przez kilka miesięcy i odpocząć po niebezpiecznych przygodach. Zinie tak się spodobało na „Syrenie”, szczególnie w kuchni, że poprosiła kapitana, aby przyjął ją do załogi; tamten zgodził się z radością; zatem Zina została kucharzem na jego statku i teraz to Idi jej pomagał.

wtorek, 3 marca 2020

Krevborna – podsumowanie kampanii

O samej Krevbornie, bezsystemowym settingu gotyckiego horroru, pisałem już w osobnej notce, przed rozpoczęciem tej kampanii. Dzisiaj chciałbym przedstawić, jak nam się udała rozgrywka w tym świecie. 

Użyliśmy nieco zmodyfikowanej mechaniki Dungeon World (z dodatkiem Class Warfare pozwalającym dość swobodnie dobierać zdolności postaci). Rozegrałem na niej wiele przygód i myślę, że mam pewną wprawę w improwizowaniu rezultatów 7-9 w ruchach PbtA. Dlatego też nie zawsze trzymam się sztywno podstawowych ruchów, choć prawie zawsze przy takim wyniku przedstawiam graczowi jakiś dylemat, aby wybrał. Dodałem również własne zasady zdobywania doświadczenia i awansowania. Żeby było łatwiej liczyć, kolejne poziomy postaci zdobywały równo co 10 punktów doświadczenia (maksymalnie doszli do 7 poziomu). Nie było pedeków za nieudane rzuty (lubię ten pomysł, ale jest to zbytnio losowe).

Doświadczenie można było zdobyć za: 
- obecność na sesji, 
- postęp w osiąganiu wyznaczonych sobie celów, 
- za fajnie odgrywane relacje w drużynie (Więzi), 
- za bezinteresowne dobre lub złe uczynki (Dobro/Zło, patrz niżej), 
- za zdobywanie reputacji wśród frakcji (reputacja była liczona punktowo, odrębnie dla każdego z siedmiu głównych stronnictw w kampanii). 

Dla odzwierciedlenia konfliktu sił Dobra i Zła w świecie i otwarcia potencjału na kuszenie postaci, dodałem następującą zasadę. Każda postać gracza miała cechę Dobro/Zło (nie można było mieć neutralnego 0). Zaczynali z Dobrem na 1. Po każdej sesji można było zdobyć punkt Dobra lub Zła (odejmowany od Dobra). Raz na sesję postać mogła spróbować uczynić cud, jeśli wyrzuci k6 poniżej Dobra lub Zła. Jeśli postać utrzymałaby cechę Zło przez trzy sesje, było zapowiedziane, że zostanie przejęta przez MG jako NPC, a gracz stworzy nową postać z taką samą liczbą punktów doświadczenia. W praktyce postaci nie miały więcej niż 2 Dobra, szybko wracały, jak się obsunęły w Zło. Żadnego cudu nie udało się wywołać. Ale ogólnie jestem zadowolony z tej zasady. Wisiała sobie gdzieś tam z tyłu i przypominała, o czym jest ta kampania. 

Od sierpnia w ciągu niecałych sześciu miesięcy rozegraliśmy 17 sesji. Jak na mnie to sporo, więc jestem zadowolony, ale z frekwencją było różnie. Aż siedem sesji rozegraliśmy w składzie MG i dwaj gracze. W sumie przez kampanię przewinęła się piątka graczy, z czego trzech było głównymi. Brali udział w większości sesji i to na historii ich postaci skupiała się fabuła. 

Postaci mieliśmy następujące: 
  • Henryk Gondrin (postać Marka) – młody rycerz zakonny, ścigający swą ciotkę Amelię podejrzewając, że sprowadziła zagładę na jego dom rodzinny. 
  • Kern (postać Pawła) – łowca wilkołaków, sam dotknięty tą klątwą. 
  • Salutis (postać Dawida) – wędrowny kleryk, szukający zabójców ukochanej i sposobu na przywrócenie jej życia. 
Do tego pojawili się Rosalinda Parish (postać Ewy), mieszczka o kontaktach w półświatku oraz Ragnarr Abbott, szemrany bard (postać Adama, był tylko na jednej sesji). 

Gracze przygotowywali swoje postaci niezależnie od siebie i choć później próbowałem spleść ich historie ze sobą, do końca nieco trzeszczało to w szwach. Przekonałem się, żeby w następnej kampanii zrobić jednak sesję zero, na której wszyscy wspólnie stworzymy postaci i dogadamy ich wspólną historię. Tutaj mieliśmy w zasadzie trzy główne równoległe wątki, do których doszły różne zadania poboczne, których podejmowała się drużyna. 

W tle rozgrywałem zmagania siedmiu frakcji, na które wpływ miały działania graczy. 

Pierwsze trzy sesje rozgrywały się w rozległej puszczy, którą rządziły Faerie, a co nieco próbowali ugrać Wyrzutki i Alchemicy. Salutis i Kern byli całkiem chętni do zaangażowania się do pomocy tajemniczym leśnym istotom, ale Henryk zdecydowanie im się przeciwstawił. 

Wreszcie wykorzystałem tę mapę ze "Zbioru Map Antonio Piraisa"

Później akcja przeniosła się do stolicy, Chancel, siedziby pontifexa rządzącego Krevborną za pomocą Kościoła Krwi Męczenników. Struktury kościelne podzielone były na mniejsze stronnictwa, zakony i urzędy, ale w ogólnym konflikcie traktowałem to jako jedną dużą frakcję. Choć w trakcie kampanii różnie się to kształtowało w odniesieniu do poszczególnych grup i osób, to gracze działali przede wszystkim na korzyść tej frakcji i czerpali największe profity z jej wsparcia. Można uznać, że działania graczy wskazały Kościół jako zwycięską frakcję tej kampanii. 

Na czwartej sesji bohaterowie spotkali tajemniczą Lady Pandorę Rue, przedstawicielkę frakcji Wampirów, choć działającą niezależnie od reszty tego stronnictwa. Gracze chyba do końca kampanii nie wiedzieli, że jest ona wampirzycą, choć z pewnością trochę się tego domyślali. Bardzo mi się podobało, jak wyszedł ten wątek. Przewijał się potem do ostatniej sesji, choć na ogół pozostawał w tle. Była to sojuszniczka drużyny, która budziła ich obawę i podejrzliwość. Kusiła przydatnym wsparciem, ale przed jego przyjęciem wstrzymywała ich świadomość, że coś jest z nią mocno nie tak. Ostatecznie jeden z bohaterów, Kern, zdecydował się na dobre z nią związać, wybierając, aby jej moc zapanowała nad trawiącą go likantropią. Zresztą z pojawiającymi się epizodycznie innymi wampirami gracze też utrzymywali całkiem pozytywne stosunki (na ile to było możliwe – egzystencję jednego nieumarłego rycerza brutalnie zakończyli). W Krevbornie wampiry stanowią jedną z głównych sił, także politycznych. Gracze stworzyli sobie postaci zupełnie z nimi niezwiązane i ja też nie pchałem jakoś bardziej tego wątku, więc ostatecznie był to głównie element tła. 


Najważniejszym antagonistą kampanii okazali się za to Kultyści. Tropiona przez drużynę Amelia przewodziła kultowi Rogatej Bestii, arcydemona rzezi, a po drodze bohaterowie rozgromili jeszcze inne demoniczne siły. Dwa razy szturmowali pałac Lorda Jakuba Vortimera, wpływowego przedstawiciela frakcji Bogaczy, a jednocześnie kultystę arcydemona zakazanych rozkoszy. Za pierwszym razem zdobyli zaproszenia na organizowane przez niego przyjęcie i chyłkiem badali pokoje na piętrach rezydencji. Po walce z napotkanym demonem ewakuowali się oknem, żeby po chwili wrócić głównym wejściem po pozostawiony w szatni łuk myśliwego. To była chyba jedna z głupszych akcji, ale mimo wszystko udało się bohaterom odzyskać łuk i ujść z życiem z desperackiej walki ze służbą lorda (z nim samym miotającym zaklęcia). Pół kampanii później ponownie wrócili do tego pałacu, tym razem przekuwając się z kanałów do piwnic budynku. Tym razem skutecznie pozbawili kultystę życia, a przy tym zdobyli dowody wskazujące na jego współpracowników. 

Rozbili też kult Rogatej Bestii w Chancel, choć w tych zmaganiach Henryk zabił własnego brata, którego przeciągnęła na swoją stronę Amelia. Była to dramatyczna scena, wywołująca emocje. Brata udało się potem wskrzesić, ale wymagało to poświęcenia magicznego diademu, najpotężniejszego przedmiotu, który udało się zdobyć drużynie. 

Innym demonicznym wątkiem była dziwna zielona mgła snująca się ulicami miasta. Jej obecność w kolejnych sesjach była coraz bardziej widoczna. Początkowo można ją było dostrzec tylko w bocznych uliczkach w nocy, pod koniec kampanii jej opary wypełniały ulice w biały dzień, sprowadzając na ludzi szaleństwo i śmierć. Drużyna odkryła serce tego zagrożenia w postaci demonicznego węża w kanałach pod miastem i w epickim stylu bohaterowie zabili bestię. 

W konflikcie między frakcjami Bogaczy i Wyrzutków gracze nie opowiedzieli się po żadnej ze stron. Jednych i drugich równo gromili, gdy tylko zauważali jakieś podejrzane działania. W czasie nielicznych wypraw za miasto pokonali dwie bandy zbójców, a w dzielnicy portowej Chancel z pomocą kościelnych osiłków rozbili spotkanie Ligi Szczurołapów w jednym z magazynów. Byli to wywrotowcy, którzy za pomocą magii chcieli przejąć bestialskie moce, aby obalić istniejący porządek. Gracze w sumie niewiele się o nich dowiedzieli, zamiast tego dopilnowali, aby trafili do lochów Sacretta Carnifexa, tutejszego odpowiednika inkwizycji. 

Za to z tych samych lochów uwolnili czekającego na spalenie na stosie wilkołaka. Po paru dniach sami go zabili, niedługo po tym jak doprowadził ich do ukrytego skarbu. Był to wszak ten sam osobnik, który zabił ojca Kerna. W ten sposób postać gracza dokonała zemsty i osiągnęła cel, zaplanowany od początku kampanii. Przy okazji tej wyprawy za miasto drużyna znów spotkała się z Faerie i uwolniła zmaltretowanego przez nich Alchemika. (Alchemicy okazali się frakcją, która w praktyce miała najmniejszy wpływ na przebieg wydarzeń.) 


Zła ciotka (antagonista wymyślony przez gracza prowadzącego Henryka) została zabita w zamku szlachcica, który pewnie niedługo podążyłby losem jej wcześniejszych ofiar. Wykorzystując doświadczenie zdobyte podczas wkradania się do siedzib kultystów w Chancel, drużyna w środku nocy nie wzbudzając alarmu dotarła do sypialni Amelii i dość szybko sobie z nią poradziła. Jedyną niespodzianką był Salutis, który w walce stanął po stronie kobiety, gdyż przypominała jego zmarłą ukochaną. Później dokładnie przepytał jej zwłoki – to była zresztą jego najbardziej charakterystyczna akcja w tej kampanii. Czar Rozmowa ze zmarłym rzucał chyba na wszystkich przeciwników, których pokonali. Konsekwentnie stosowali metodę, żeby najpierw zabijać, a dopiero potem zadawać pytania. (Ta postać już od samego stworzenia dryfowała w kierunku Doktora Frankensteina, ale chyba zabrakło czasu i okoliczności, żeby osiągnęła ten potencjał. Czy to dobrze, czy to źle trudno mi powiedzieć.) Dowiedział się, że jego ukochana był duchową bliźniaczką Amelii, córką Rogatej Bestii. Jej ludzki ojciec też należał do kultu, a zabili ją wysłannicy Sacretta Carnifexa, chcący powstrzymać demona. Myślę, że był to fajny twist i w sumie lepszy niż, co też rozważałem, uczynienie samej Amelii wskrzeszoną przez kultystów ukochaną bohatera gracza. 

W tym podsumowaniu zrezygnowałem ze szczegółowego relacjonowania poszczególnych sesji, gdyż chyba mało osób lubi czytać takie raporty (choć ja akurat lubię). Opisałem główne wątki, zarówno te zainicjowane przez graczy, jak i te, które sam wymyśliłem. Była to kolejna kampania, w której eksplorowałem walkę frakcji. Wydaje mi się, że wyszło to lepiej niż np. w zeszłorocznej Ravnice. Gracze mieli pełną wolność, z kim się sprzymierzyć, a z kim walczyć. Starałem się, żeby nie było oczywistych wyborów. Każde stronnictwo miało swoje jasne i ciemne strony. Prezentowałem je graczom, uważając, żeby nie sugerować, jak powinni postąpić. 

Krevborna jako setting sprawdziła się bardzo dobrze. Podręcznik, choć stosunkowo niewielki, dostarczył sporo pomysłów do wykorzystania na sesjach. Nie wiem, czy jeszcze będę wracał do tego świata, ale nie wykluczam tego. Zostało jeszcze sporo miejsc, które mogłyby odwiedzić postaci graczy. 

Dungeon World, a szerzej gry Powered by the Apocalypse, potwierdziły swoją przydatność dla takiej rozgrywki, jaką lubię. Niezbyt skomplikowane, a jednak dające zaczepienie do rozwoju bohaterów – gracze mają spory wybór zdolności dla swoich postaci, a każdy awans wyraźnie wpływa na możliwości działania. Postaci osiągając szósty czy siódmy poziom były całkiem potężne. Nie wiem zresztą, czy nie dawałem pod koniec trochę zbyt łatwych wyzwań. Zwłaszcza, że jest to uwaga, która nie pierwszy raz pojawia się pod kątem mojego prowadzenia. Że jest u mnie nieco za prosto, Muszę pomyśleć, co z tym zrobić. 

Ogólnie uważam, że była to jedna z moich lepszych kampanii. Z tego co wiem, graczom też się całkiem podobała. Mam nadzieję, że w przyszłości poprowadzę jeszcze ciekawsze i bardziej emocjonujące.

wtorek, 31 grudnia 2019

Podsumowanie mojego erpegowego 2019 r.

To był dla mnie udany rok pod względem rpg. Pierwszy raz jako członek kapituły konkursu Quentin oceniałem nadesłane scenariusze, drugi raz sędziowałem staroszkolenego TROLLa – oba te przedsięwzięcia miały swój finał w Toruniu na Coperniconie, który uważam za najlepszy obecnie konwent erpegowy w Polsce. 

Rozegrałem na żywo 67 sesji, o jedną więcej niż w 2018 r., co utrzymuje tendencję wzrostową od 2014 r. (gdy grałem 45 sesji). Jestem tym zaskoczony, gdyż myślałem, że raczej będę już powoli ograniczał liczbę sesji. Ale jak widać, trudno mi zrezygnować z mojego ulubionego hobby. Sesje trwały 2-5 godzin, najczęściej ok. 4.

W 17 sesjach byłem graczem, w 50 Mistrzem Gry. Dużo bardziej wolę prowadzić rozgrywkę, ale staram się też brać udział w sesjach po drugiej stronie zasłonki – dużo wyraźniej widać wtedy, co działa, a co niespecjalnie. Rzadko udaje się dostać feedback od graczy, więc ten sposób wydaje się bardziej praktyczny. Poza tym każdy lubi co innego w rpg. Patrząc jak prowadzą inni myślę nad własnym stylem. Pod tym kątem oglądałem trochę sesji rpg na YouTube, ale zasadniczo zajmuje to zbyt dużo czasu i rzadko można znaleźć naprawdę dobre sesje. 

Na moje granie w tym roku złożyły się głównie cztery kampanie. Wszystkie wystartowały w tym roku, dwie się już skończyły, a dwie będziemy kontynuować w 2020 roku (choć pewnie też już nie za długo). Zasadniczo każdą kampanię grałem z inną ekipą (powtarzały się pojedyncze osoby). W trzech byłem MG, w jednej gram jako gracz. 

11 sesji trwała kampania Dungeons & Dragons (5. edycji) w Ravnice – pisałem o niej dość szczegółowo tutaj na blogu. Podobną długość (10 sesji) miała druga moja tegoroczna kampania D&D5 – tym razem w Eberron (jej podsumowanie zamieściłem tutaj tydzień temu). Pierwszą rozgrywaliśmy postaciami na wyższych poziomach (5-8), w większym stopniu w oparciu o gotową przygodę. Druga (dla postaci na poziomach 1-4) opierała się przede wszystkim na moich pomysłach wynikłych z historii postaci, co okazało się lepszą motywacją dla działań drużyny. Obie określiłbym mianem sandboksa, gdyż gracze mieli zasadniczo pełną swobodę działania, wolność wyboru akcji, odwiedzania lokacji, sprzymierzania się lub działania przeciwko różnym grupom. Jednak w tej drugiej główny wątek był dużo wyraźniejszy i nieco mniej rzeczy odciągało uwagę graczy. Wydaje mi się, że było to z korzyścią dla kampanii. Dużo lepiej sprawdził się też świat Eberron (w którym zresztą prowadziłem już wcześniej różne kampanie) niż Ravnica, która nie przypadła do gustu mojej drużynie (setting oparty na gildiach jest zbyt pretekstowy?). 

Poprowadziłem już 13 sesji w gotyckim settingu Krevborna (pisałem o nim tutaj) na mechanice Dungeon World. Planuję poprowadzić jeszcze parę sesji w tej kampanii. Podobnie jak we wspomnianej przed chwilą kampanii Eberron fabułę oparłem na historiach postaci i nie korzystam tutaj z żadnych gotowych scenariuszy. Brakuje tu jednak jednego wyraźnego wątku (postaci graczy są nieco mniej ze sobą związane) i w dużej mierze kampania opiera się na jedności miejsca – postaci graczy badają tajemnice stolicy Krevborny. Można powiedzieć, że taki sandboks miejski. 

W czwartej kampanii jestem graczem od maja i wziąłem udział w 7 sesjach. Spotykamy się w Miejskim Ośrodku Kultury w Kobyłce (podwarszawskim miasteczku, w którym mieszkam) i gramy w drugą edycję Warhammera. Zasadniczo to taki „mójhammer”, Mistrz Gry nie przejmuje się zanadto ani szczegółami opisu świata, ani szczegółami mechaniki. Jestem jedynym doświadczonym graczem w drużynie, dla pozostałych, jeśli się nie mylę, jest to pierwsza kampania rpg w ich życiu. Sympatyczni ludzie, miejscówka na granie pod nosem, nie narzekam. Gdyby to była moja jedyna kampania rpg w tym roku, to już nie byłoby tak różowo, ale jako uzupełnienie sesji, które ja prowadzę, z przyjemnością od czasu do czasu chodzę pograć prostym wojownikiem walczącym z wampirami w pseudo-Nuln. 

Zagrałem jeszcze 3 sesje w Travellera (druga edycja od Mongoose). Kampania padła zanim się na dobre rozkręciła, ale mechanika szalenie mi się podoba – prosta (niestety podatna na przegięcia, jak udowodnił to jeden z graczy), a przy tym mająca swój charakter (legendarne tworzenie postaci). Może w przyszłym roku uda nam się więcej w to pograć. 

Cała reszta to jednostrzałówki. 

Włączając powyższe kampanie w 2019 roku grałem/prowadziłem: 
  • D&D5 (28 sesji) – najpopularniejszy obecnie system, łatwo znaleźć graczy, mechanika działa sprawnie, a dość łatwo ją wytłumaczyć. 
  • Dungeon World (13 sesji) – jak można zauważyć, tyle sesji rozegrałem w kampanii w Krevbornie. Prostsze i szybsze od D&D5, dla kampanii, w której chciałem zmniejszyć znaczenie walk, wydało mi się, jak znalazł. 
  • WFRP2 (7 sesji) – znów sesje w ramach kampanii. Bardzo jestem ciekaw wypróbowania 4. edycji w praktyce, ale druga też daje radę. Poprowadziłem na niej najdłuższą moją kampanię (41 sesji – tak, wiem, że to wcale nie aż tak wiele), obejmującą m.in. „Ścieżki przeklętych”, i nie mam do niej większych uwag. Bardzo dobry standard. 
  • World of Dungeons (6 sesji) – w Spotkaniach Losowych ukazało się kiedyś moje tłumaczenie tego maleństwa. Teraz trochę je podszlifowałem i uważam za moją ulubioną prostą mechanikę. Grałem na niej w tym roku z moimi córkami i paru innych jednostrzałach. 
  • Mongoose Traveller 2nd Ed. (3 sesje) – patrz moje uwagi wyżej. 
  • Ironsworn (2 sesje) – super gra, w dodatku darmowa. Prowadziłem ją na zjAvie i później jeszcze raz dla moich znajomych. W tym roku ukazał się dodatek Delve o podziemiach, ale jeszcze nie miałem okazji go wypróbować. 
  • autorski DarkSun (1 sesja) – było to dokończenie krótkiej przygody z zeszłego roku. 
  • Outstanding Heroes & Extraordinary Threats (1 sesja) – na zjAvie zagrałem sesję na tej mechanice u Mnicha, w ramach konkursu Gramy! Express. Sesja i mechanika w porządku, ale ja już mam moją ulubioną prostą mechanikę (patrz World of Dungeons wyżej). 
  • City of Mist (1 sesja) – również na zjAvie jako gracz u Chronosa miałem okazję wypróbować tę nowość. Fajne, pomysłowe, a przy tym czerpie inspiracje od najlepszych. Trochę nie moje klimaty, ale gra mi się podoba. 
  • OD&D (1 sesja) – byłem przelotnie w Toruniu na delegacji i Wolfgang przyjął mnie gościnnie na sesję w swojej kampanii „Bursztynowy Szczyt”, z której raporty czytałem z przyjemnością u niego na blogu. Najwyraźniej przyniosłem pecha, bo na tej sesji drużyna została rozgromiona i kampania się skończyła. Chyba pierwszy raz grałem w OD&D, ale wrażenia zasadniczo pozytywne – lubię proste mechaniki. 
  • Świat Mroku (1 sesja) – poprowadziłem świetną przygodę Kasi Kraińskiej „Hotel Arkona”, którą zwyciężyła ubiegłorocznego Quentina. Pisałem o tym szerzej tutaj. 
  • Forbidden Lands (1 sesja) – na warszawskim Czas na Przygodę zrobiłem kolejne podejście do tej gry. Niestety znów nieudane za co niniejszym przepraszam króliki doświadczalne, eee, tzn. graczy. Wciąż nie przekreślam tej gry. Może w 2020 spróbuję poprowadzić w niej kampanię? Udany przykład Wolfganga pokazuje, że można. Wsparłem kickstarter dodatku o mroźnej północy „The Bitter Reach”, więc będę miał dodatkową zachętę. 
  • D&D Basic (1 sesja) – sędziowałem turniej TROLL na tej mechanice. Tam sprawdziła się lepiej niż Tunnels & Trolls, które były poprzednio, ale do dłuższego grania wolałbym chyba coś innego. 
  • WFRP4 (1 sesja) – na Coperniconie udało mi się zagrać jedną sesję u Wojtka Rzadka z Lans Macabre na 4. edycji (były fimiry!), która tylko mnie zachęciła do tej gry. Gdy w końcu ukaże się po polsku, na pewno ją kupię i będę chciał wypróbować w kampanii. 
  • FUNT (1 sesja) – również na Coperniconie poprowadziłem moduł „Poza prawem” Tomka Misterki z tegorocznego Quentina. Wolfgang i Robert byli jednymi z graczy. Wyszło dość krwawo i brutalnie, a mechanika dała radę. 

Tak jak i w zeszłym roku, tak i teraz, grałem w rpg z moimi córkami. Są coraz starsze (9 i 12 lat), więc i sesji było więcej. Co więcej, starsza z nich, Łucja, poprowadziła dla nas swoje dwie pierwsze przygody: „Oko Yrrhedesa” Andrzeja Sapkowskiego (na mojej przeróbce World of Dungeons) i „Kłopoty z goblinami” Janka Sielickiego (na D&D5). Obie wyszły całkiem fajnie. Dziewczynom podoba się rpg i na pewno będziemy jeszcze razem grali wspólne sesje. 

Z papierowych podręczników do rpg kupiłem w tym roku tylko cztery: „Ghosts of Saltmarsh” i „Eberon – Rising from the Last War” do D&D5, polskie wydanie „Fate Core” oraz prześliczną „Scheherazade” Umberto Pignatelliego. Oprócz tego kupowałem sporo pdfów, głównie moduły OSR plus Harn (kickstarter, ale nie tylko).

Odnośnie kickstarterów nie wspomniałem jeszcze o jednym, który wsparłem w tym roku. Moją uwagę zwróciły "Wolves of God" Kevina Crawforda - low fantasy we wczesnośredniowiecznej Anglii, z ciekawą mechaniką.

Co przyniesie następny rok? Sam jestem ciekawy. Erpegowe plany mam raczej mgliste.

środa, 14 sierpnia 2019

Krevborna – wprowadzenie do settingu

Setting gotyckiego horroru Ravenloft był jednym z bardziej popularnych wydanych do drugiej edycji AD&D. Nawiązująca do niego kampania „Curse of Strahd” jest uważana za jedną z najlepszych do 5. edycji. Wizards of the Coast, którzy ją wydali, stworzyli również w podobnych klimatach świat Innistrad do gry Magic: the Gathering, pełen wampirów, wilkołaków, duchów etc. Wypuścili też darmowy dodatek pozwalający grać tam na zasadach D&D5. Wydawnictwo Paizo w świecie swojej gry Pathfinder umieściło krainę Ustalav, gdzie rozgrywała się kampania „Carrion Crown”. Biorąc pod uwagę popularność gotyckiego horroru, nie dziwi, że również niezależni twórcy publikują materiały do rpg w tych klimatach. Moją szczególną uwagę zwróciła „Krevborna” Jacka Sheara, o której chciałbym dzisiaj napisać. 

Pierwotnie była prezentowana na blogu Tales of Grotesque and Dungeonesque, gdzie do tej pory można znaleźć dużo materiałów, w tym raporty z rozegranych tam przygód. Zachęciły mnie tak bardzo, że kupiłem wydanie książkowe „Krevborny” i myślę o poprowadzeniu nowej kampanii w tym settingu. Niniejszy wpis pomyślałem jako wprowadzenie dla potencjalnych graczy. 

Jest to kraina w cieniu majestatycznych gór, porośnięta gęstymi lasami, wśród których kryją się pojedyncze wioski. Realia odpowiadają mniej więcej XVI wiekowi (ale elementy sięgają nawet XIX wieku), jest broń palna, ale również rycerze w ciężkich pancerzach jak i szermierze z szybkimi rapierami. Zasadniczo są tu tylko ludzie, ale niektóre rody niosą w swojej krwi dziedzictwo innych istot (w praktyce setting domyślnie stworzono dla D&D i można używać mechaniki wszystkich ras z tej gry). Zagrożenie stanowią głównie wilkołaki, wiedźmy, wróżki (fey) o lodowatych sercach, diabły i demony oraz wszelkiego rodzaju nieumarli. 


Krevborna parę pokoleń temu była królestwem, lecz po krwawych wydarzeniach, w których zginęli wszyscy pretendenci do tronu, porządek zapewnił Kościół Krwi Męczenników, który od tego czasu sprawuje władzę zarówno świecką jak i duchową. Skupia się jednak na dwóch największych miastach: Chancel i Piskaro, a w głębi kraju rządzą samodzielnie poszczególni możnowładcy lub różne podejrzane osoby. Północną prowincją Lamashtu otwarcie rządzi wampirzyca Hrabina Alcesta von Karlock, a górniczym miasteczkiem Hemlock rodzina wiedźm Graymalk. 

Mówi się, że bogowie odeszli lub zapomnieli o tej tragicznej krainie. Kapłani czynią cuda, ale nie do końca wiadomo w jaki sposób. Oficjalnie Kościół głosi, że to bogowie przelali swą moc w krew swych wyznawców. Wyjątkowe postaci walczą ze złem, dają natchnienie innym, nie poddają się w obliczu przeciwności, nawet poświęcając życie w obronie swoich sióstr i braci. Pieczołowicie przechowywana przez Kościół krew świętych służy do rytuałów wspierających ludzi przeciwko złu. 

Przywódcą Kościoła Krwi Męczenników jest obecnie brat Lazarus, którego siedzibą jest największe miasto Krevborny – Chancel. Jest to dawna królewska stolica pełna kontrastów. Z jednej strony są tu wyniosłe katedry pełne modlitw wiernych, z drugiej, w salonach możnych odbywają się rozpasane dekadenckie orgie. Duchowni i szlachta. Rycerze zakonni i urzędnicy. 

Rzeka Kriev łączy Chancel z Piskaro, największym portem nad Morzem Cernijskim. Podróże morskie są bardzo niebezpieczne, ale tym większe są zyski tych, którzy szczęśliwie sprowadzą towary z zamorskich egzotycznych krain. Mimo że oficjalnie porządku pilnuje tu z ramienia Kościoła Wielebny Solanka, to prawdziwym władcą Piskaro jest chciwość i jej słudzy: kupcy i gangsterzy (często jedne i te same osoby). 

Z mniejszych miast (właściwie miasteczek) najbardziej znane to Creedhall siedziba alchemików i Uniwersytetu nad jeziorem Loch Riven oraz wspomniane już pogańskie Hemlock, pełne zabobonnych górników.


Przykładowe koncepcje bohaterów w tym settingu: 
  • rycerz, który powrócił z krucjaty w zamorskiej krainie,
  • wędrowny egzorcysta o nadszarpniętej wierze,
  • szlachcic, który wszystko utracił w rodzinnej tragedii,
  • spiritualistka nawiedzana przez duchy przywołane jej mistycznym darem,
  • dekadencki szarlatan mający więcej uroku niż rozumu,
  • sprytny rozbójnik, rozdający łupy ubogim,
  • niewinna dziewczyna, której przeznaczeniem jest stawić czoła wielkiemu złu,
  • okultysta chcący sprzedać swoją duszę za potężną moc,
  • łowca bestii dobrze znający dzicz,
  • doświadczony szermierz zmęczony życiem szukający wyzwania,
  • antykwariusz ogarnięty obsesją poznania tajemnic przeszłości,
  • odkrywca chcący nanieść na mapy niezbadane miejsca,
  • szaleniec, którym kieruje zemsta,
  • marynarz, który przeżył spotkanie z przedwieczną bestią na morzu,
  • łowca nagród zobojętniały na ludzkie tragedie,
  • mieszkaniec lasu bezwzględnie chroniący naturalny porządek,
  • wygnaniec chcący odpokutować straszliwą zbrodnię,
  • wojownik z niegojącą się raną, chcący poświęcić życie w słusznej sprawie,
  • strażnik, który raz zawiódł i nigdy więcej,
  • buntownik walczący o wolność wszelkimi dostępnymi środkami,
  • rabuś grobów, który nawrócił się i został zabójcą nieumarłych,
  • żołnierz naznaczony okrucieństwem pola bitwy.
Jak ktoś woli obrazki, to na blogu autora można znaleźć pokaźną galerię bohaterów Krevborny.